...biblioteka.warszawa1939.pl

Plac Nalewkowski

Autor: W. Szymanowski
rysował z natury Kostrzewski


Ciekawość publiczna po kolejnych postępuje szczeblach. Różnorodne widowiska stanowią niejako normę usposobień ludzkości. A że widowiska są rzeczą pożądaną, możemy o tem za każdym krokiem na ulicy się przekonać. Tam lada co starczy już na zgromadzenie gronka ciekawych. Dachówka co spadnie z dachu, omnibus ze złamaną osią, koń, któremu jaki wypadek się wydarzył, pijany, który zamiast do mieszkania trafia do rynsztoka, wszystko to jest gotowym punktem zebrania dla ciekawych.

Widowisk więc nie są niczem innem, jak eksploatowaniem na większą albo mniejszą skalę tej naszej wady lub przymiotu. Bo owa ludzka ciekawość i pociąg do próżnego tracenia czasu, które oderwanie wzięte są wadą, mogą się stać przymiotem, jeżeli je umiejętnie pokierować będziemy umieli. 

Dowodem tego teatry i t. d.



Ale nie o teatrach nam dziś mówić przychodzi. Budy, które tu czytelnicy mają przed oczami, stanowią inny rodzaj widowisk, chociaż ściśle rzeczy biorąc, trafi się w nich i komedya, i tragedya, i dramat, i opera nawet. To infima tych, którzy potem przejdą do delicyj paradysowych, to przygotowanie do szerszej sceny, która także przez wszystkie stopnie przejść musi. Woskowe figury nie mówią wprawdzie jeszcze, ale widzowie pragną doszukać się w nich wyrazu twarzy, zachwycają się zabrukanemi kostiumami, lubują się w przemianach, za pomocą sprężyn dokonywanych. Potrzeba woskowej figurze ożywić się tylko, a przejdzie ona wnet w dramat ludowy.

Menażerya, to tragedya i komedya razem; lwy to Achillesy, które swoim rykiem więcej nieraz czynią wrażenia, niżeli Achillesy ludzkie źle czy dobrze udanym gniewem, a małpy (małp zawsze u nas dużo bywało), to osoby komiczne, stanowiące najpożądańszą zabawkę. Kto się zaprawił na małpie ten potem zagustuje w błaźnie, tak zwanym komiku na hecy, i tak dalej pójdzie, bo drabinka ma wiele szczebli. Wielbłądy, to już co innego. Wielbłądy i słonie, jeśli się zdarzą, to okazałe osoby, które potem na ostatnim szczeblu drabinki wystąpią w aksamitach i szychu złoto i srebro naśladującym.

Kosmorama, to przygotowanie do dekoracyj, a dekoracye czasem największy efekt opery stanowią. W kosmoramie jest i opera, tylko w osobnym rodzaju. Miejsce orkiestry, solistów, chórów i t. d. zajmuje katarynka, ukryta poza parawanem. Dla publiczności tam uczęszczającej i tego dosyć, a nawet katarynka robi pod tym względem większą jeszcze przysługę, bo zaznajamia publiczność uliczną z motywami z oper najpopularniejszych. Niestety! największy to może tryumf opery, jeśli dojdzie aż do katarynek. O Mozarcie, Rossini, Weberze, wybaczcie mi to bluźnierstwo! Ale tak się dzieje na świecie. Dla poety najprawdziwszy może zaszczyt, gdy piosenka jego albo poemacik obiegną tłum cały i nawet aż w szopce znajdą echo.

Maryonetki, to znowu balet. Tylko szczęśliwsze te drewniane i kartonowe figurki: nie męczą się one, nie lękają się uczynić fałszywego kroku; drut zerwie się, to się i naprawi łatwo, a nawet ręka lub noga w nieszczęśliwym przypadku da się zastąpić z pożytkiem. O czemuż ludzie nie są drewnem? Prawda, że pod względem uczuć i inteligencyi zdarza się to często, ale nieszczęśliwe ciało, dlaczegoż ono nie utworzone z żelaza lub mosiężnej blachy? Dla tych, którzy się codziennie narażają, byłoby to lepiej i pożyteczniej z pewnością. Szczęśliwe maryonetki!

Ale najciekawsze może pole badania stanowi publiczność uczęszczająca na te widowiska. Zaprawdę, cenna to publiczność, a jaka wrażliwa, jaka niewymagająca, jak się wszystkiem zadowalnia i lada czem cieszy! O autorowie! gdybyście to wy w najdowcipniejszych waszych utworach zdołali wzbudzać takie wrażenie i śmiech szczery, jakie tutaj jeden skok maryonetki wywołuje, jakże bylibyście szczęśliwymi! Ci, którzy przez godziny całe zdolni są przypatrywać się wielbłądowi, jak z powagą przechadza się po szopie, stanowiliby może najpożądańsze audytoryum dla pisarza dramatycznego. Ale niestety, od wielbłąda do sali teatralnej daleko jeszcze, a publiczność, przechodząc te przestrzenie, staje się coraz bardziej wymagającą. Czasem zachowuje swój gust maryonetkowy i pragnie, żeby utalentowany aktor wykrzywił się jej tak samo jak poliszynel, w przeciwnym zaś razie gotowa nie oddać mu sprawiedliwości. Jakaż to boleść dla artysty, który pojmuje swoje stanowisko i zdaje sobie sprawę z obowiązków jakie ono nakłada na niego! W każdym razie aktorzy występujący w budach na placu nalewkowskim, są zawsze pewni powodzenia, a nawet krytyka oszczędza im ostrej chłosty swojej. Nie są oni jeszcze nikomu solą w oku, nie upokarzają żadnej miłości własnej, nie nastręczają pola do zawiści. A nawet z trzygroszówek spory worek naładować sobie można.

Ten co by zbankrutował na teatrze postawionym z całą świetnością i zbytkiem sztuki nowoczesnej, na budach zrobić może majątek. Pierwszy ma głodną sławę, a drugi syty pożytek. Co lepsze z tych dwojga, to wielkie jeszcze pytanie. Najlepiej podobno zaczynać od bud, a kończyć na pałacach, to najpewniejsza spekulacya.

[Powrót]